Głębia ostrości

Galeria fotografii PF / Centrum Kultury Zamek

Poznań 2026

Kurator: Przemysław Jędrowski

„Głębia ostrości” to instalacja site-specific – przestrzenna manifestacja fotograficznej pamięci Jerzego Sadowskiego. Artysta, wykorzystując monumentalną przestrzeń dawnego Zamku Cesarskiego, z bardzo osobistej, autobiograficznej perspektywy pyta: jak głęboko w czasie kodują się i konsolidują wspomnienia? Jak bardzo fragmentaryczny jest ich zapis? Kiedy nadajemy im nowy sens, w imię pozytywnego utrwalania, manipulując pierwotne znaczenia? A kiedy blakną na tyle, że bezpowrotnie je tracimy?

Martwa natura z mozaiką

       
  W animistycznej kulturze Majów przedmioty miały duszę, tożsamość i utajone historie. Dlatego aby uwolnić je od znaczeń i symboli, gdy przestawały pełnić swoją funkcję, nie wyrzucano ich po prostu, lecz były rytualnie niszczone lub dokonywano ich specjalnego pochówku. Na co dzień darzono je szacunkiem i obserwowano, wierząc, iż mogą się komunikować. Ostrzegać przed niebezpieczeństwem, pomagać lub złośliwie uprzykrzać najprostsze czynności.

Podobną rangę sportretowanym przedmiotom nadawały niderlandzkie stil-leven. Te fotorealistyczne kompozycje, malowane w XVII wieku, cechował system znaczeń tak gęsty, że trudno znaleźć dla nich analogię w jakimkolwiek innym okresie zachodniej sztuki. One stanowiły również kropkę nad „i” malarstwa holenderskiego Złotego Wieku. Określenie stil-leven, „nieruchome życie”, pojawia się w niderlandzkich inwentarzach mniej więcej w 1650 roku. Wcześniej poszczególne kompozycje nazywano po prostu ontbijtje, śniadanie, bloemstuk, bukiet kwiatów, albo banketje, bankiet. Aż ktoś, prawdopodobnie urzędnik jednej z amsterdamskich giełd lub domu aukcyjnego, ukuł dla własnej wygody słowo, które opisywało całą kategorię tych popularnych przedstawień. I się przyjęło. Tym bardziej, że ewangelicyzm reformowany zabronił malowania alegorycznych wizerunków świętych. Artyści malowali więc to, co widzieli wokół siebie. Bardzo często to, co stało na stole. Obrazy zatrzymanego życia zyskiwały na popularności, a ich funkcja stopklatki, pauzy wciśniętej, żeby uważniej przyjrzeć się rzeczywistości i jej symbolom, sprawdza się do dziś.

 

Po polsku mówimy „martwa natura”, ale nic w tych przedstawieniach nie jest  martwe, wszystko jest w semiotycznym ruchu, rozedrgane w kontekstach i symbolach. Dopiero spojrzenie widza, unieruchamia kompozycję i nadaje jej znaczenia. Tak jak w fizyce kwantowej, według której cząstki materii istnieją we wszystkich możliwych stanach, w tzw. superpozycji, dopóki nie nastąpi ich pomiar utożsamiany z obserwacją. Dopiero wtedy stają się namacalną i jednoznaczną materią naszego świata.

W niderlandzkich martwych naturach każdy przedmiot i kompozycja ma swoją gramatykę. Każdy z obiektów stojących na stole namalowanym przez Willema Claeszoona Hedę, Pietera Claesza, Harmena Steenwijcka, Willema Kalfa czy Adriaena Coortego jest słowem w starannie ułożonym zdaniu. Zamorskie muszle, szklane kielichy, ostrygi i skorupiaki, egzotyczne owoce, marynowany śledź, cynowy lub złote dzbanki, opadły płatek tulipana czy przybory do palenia tytoniu tworzyły przekaz, który amsterdamski mieszczanin chwytał w lot. Namalowane przedmioty tworzyły uniwersalne teksty kultury i były nośnikami wielu znaczeń. Ich źródłem były biblijne przypowieści, protestancka moralność i status bogacącej się Republiki Zjednoczonych Prowincji Niderlandów. Motywy wanitatywne, takie jak przypominające o śmierci klepsydry, czaszki i puste muszle, mieszały się z symbolami bogactwa i prosperity: erotycznymi ostrygami, chińską porcelaną, orientalnymi kobiercami i naczyniami wykładanymi macicą perłową. Obrana cytryna ze skórką zwijającą się spiralnie w dół to popis kunsztu malarza, ale i przypomnienie o zwodniczej naturze świata. Zoete schijn, bittere ziel, „słodki wygląd, gorzka dusza” jak pisał Jacob Cats, najbardziej poczytny pisarz Złotego Wieku, na którego sentencjach uczyli się czytać amsterdamscy bankierzy i sklepikarze. Czaszka powtarzała za Księgą Koheleta Vanitas vanitatum et omnia vanitas, „marność nad marnościami i wszystko marność”. A gliniana fajka i liście tytoniu, odnosiły się do przemijania życia, które ulatuje niczym dym, moralizowały na temat  nietrwałych doczesnych przyjemności, ale i z butą podkreślały globalny zasięg kolonialnego handlu. Liście tytoniu sprowadzano wówczas do Republiki z Wirginii w Ameryce Północnej.

 

Minęło dwieście lat. Paul Cézanne spogląda na jabłka w swojej pracowni w Aix-en-Provence i  zaczyna rozumieć, że coś jest nie tak z perspektywą linearną. Przecież oko nie jest kamerą, a naszego postrzegania nie definiuje nieruchomy wzrok, tak jak próbowali wmówić sobie malarze od czasów Filipa Brunelleschiego. Oko się porusza. Patrzy na obiekt raz z jednej, raz z drugiej strony, a nasz mózg buduje jego obraz z tych wszystkich informacji. Wieloletnie eksperymenty doprowadziły malarza do wniosku, że tradycyjna perspektywa jest zbyt dużym uproszczeniem postrzegania, a nawet jego fałszerstwem, żeby się na nią godzić. Dopiero suma spojrzeń w czasie buduje pełen obraz. Dlatego dzbanki na płótnach Cézanne’a mają dwie linie konturowe, ponieważ malarz widzi je i maluje jednocześnie z lewej i z prawej strony. Światłocień na jabłkach w głębi kompozycji nie zgadza się tym na owocach z przodu, bo były one malowane w różnych porach dnia, w odmiennym świetle. A stół nachyla się do widza pod dziwnym kątem, łącząc kilka różnych perspektyw. Jego kompozycje nigdy nie były więc mimetycznym obrazem świata – stały są zapisem prawdziwego procesu widzenia. Henri Poincaré sugerował, a Albert Einstein udowodnił, że czas i przestrzeń to wartości względne, zależne od sposobu obserwacji. Nie mając o tym pojęcia, Cézanne wprowadził czas do malarstwa jako czwarty wymiar. Przy okazji rozbił klasyczne stil-leven na wiele scen, żeby zobaczyć naprawdę.

Ten sposób percepcji przejęli kubiści, a następnie Marcel Duchamp. W 1913 roku postawił w galerii sztuki na piedestale zwykłe koło rowerowe, a cztery lata  później pisuar. Budując swoje martwe natury Duchamp używał rzeczy gotowych, readymades, i w ten konceptualny sposób za pomocą statusu galerii przemieniał je w dzieła sztuki. Artysta jasno dawał do zrozumienia, że należy pytać nie o symbolikę, lecz kontekst społeczno-kulturowy przedmiotów. Wyjść, nomen omen, z zupełnie innej perspektywy, dociekając, co one znaczą w konkretnej sytuacji.